Tydzień we Wrocławiu podczas festiwalu filmowego był naprawdę wspaniałym czasem. Złożyła się na to zapewne atmosfera festiwalu, mnóstwo młodych, przeważnie, osób na ulicach, w kinach, hotelach, dyskusje wszędzie - na Rynku, w kuluarach, kawiarenkach, ulicach, koncerty, no i oczywiście filmy. Dziwne, inne niż te w telewizji i kinie, zaskakujące, szokujące.Nie o tym jakby. Bardziej o wrażeniu, jakie wywarło na mnie miasto.Rynek, w którym życie - międzynarodowe - toczy się przez całą noc i słychać różne języki świata. Kawiarnie i restauracje pękające w szwach. Rowerzyści mknący po ulicach i chodnikach do pracy, kina, na spotkanie, w sukienkach, spodniach, wcale nie sportowo. Deptaki, uliczni artyści - i pseudoartyści wydzierający się przy dźwiękach gitary z nadzieją, że ktoś wrzuci grosz, żeby już przestali...
Pewnie to wspomnienie może dziwić- tak dzisiaj wyglądają europejskie miasta, ale ja dzielę się nim, bo nie sądziłam, żeby tygodniowy pobyt w mieście podczas upałów był dobrym pomysłem wakacyjnym i mógł dać tyle przyjemnych wrażeń oraz taką energię! Moja mieszczańska dusza została usatysfakcjonowana! Pozdrawiam wszystkich mieszczuchów spędzających wakacje w dużych miastach!Kto nam wmawia, że jak wakacje to tylko na łonie natury...?!